O mnie

O mnie – czyli jak pustaki i śrubokręt doprowadziły mnie do żywicy epoksydowej

Hej! Tu Kasia,
gdańszczanka z sercem wypełnionym morzem, kolorem i… odrobiną żywicznego chaosu.

Swoją artystyczną przygodę zaczęłam już jako dziecko. Kiedy moi rodzice budowali dom na wsi, ja po kryjomu kradłam tacie pustaki i śrubokrętem próbowałam w nich rzeźbić. Miałam może siedem lat i byłam święcie przekonana, że tworzę arcydzieło.

W liceum plastycznym zakochałam się w rysunku, malarstwie, rzeźbie, fotografii i grafice, ale… moja dusza towarzyska wzięła górę. Tęskniłam za moją bandą, więc ostatecznie wylądowałam w innej szkole w klasie teatralnej z przyjaciółmi.

Potem był czas nauki, szkiców technicznych, rysunku aksonometrycznego i architektonicznych marzeń. Jeden z prowadzących powiedział mi wtedy:
„Kaśka, ty nie idź na architekturę wnętrz, ty idź na architekturę, widzisz niesamowicie bryły!”

No i posłuchałam.

Wylądowałam ówcześnie w Sopockiej Szkole Wyższej na wydziale Architektury i Urbanistyki. Uczyli mnie między innymi wykładowcy z Politechniki, jak i z ASP.

Uwielbiałam wszystkie manualne zajęcia – czyli wszędzie tam gdzie można się pobrudzić 😉 Komputerowe projekty? Już nie aż tak bardzo. Kiedy zdałam sobie sprawę, że zawód architekta to głównie życie przy monitorze, powiedziałam sobie:

„Nie, to nie moja droga.”

Rzuciłam studia na siódmym semestrze.
Tak, tuż przed obroną inżyniera.
Wszyscy pukali się w głowę.
Ale ja wiedziałam, że nie poświęcę życia czemuś, co nie daje mi frajdy i nie pachnie farbą.

Żywica pojawiła się u mnie w ok 2018r. po trudnym czasie, kiedy zdrowie kazało mi na dłuższą chwilę się zatrzymać.
To właśnie wtedy odkryłam, że mogę tworzyć coś pięknego, nawet kiedy nie mam nad wszystkim kontroli.
Żywica nauczyła mnie pokory – nigdy nie da się przewidzieć efektu w stu procentach.
To jest jej magia i mój język wyrazu.

W pewnym momencie zapragnęłam, żeby sztuka nie była tylko “obrazem na ścianie”, ale częścią codzienności i ich towarzyszem rytuałów.
Tak powstało moje rękodzieło – sztuka, którą można dotknąć, używać i kochać.

Dziś maluję, szlifuję i tworzę wszystko własnymi rękami – czasem w chaosie, czasem z herbatą w dłoni i królikiem pod stołem.

Nie jestem idealna (i moje produkty też nie są).
Ale w tym właśnie tkwi ich urok – w niedoskonałościach, które przypominają, że to wszystko tworzy człowiek, nie maszyna.

Jeśli dzięki moim pracom w Twoim domu pojawi się choć odrobina słońca, wspomnienia morza czy uśmiechu – to znaczy, że robię dokładnie to, co powinnam.

Zobacz proces tworzenia na moich social mediach

Zapraszam Cię na mój profil na Instagram i Facebook, gdzie na bieżąco pokazuję nad czym teraz pracuje

Najnowsze produkty